Na naszych oczach banki bezpowrotnie utraciły historyczne prawo do określania się mianem instytucji zaufania publicznego. Obecnie są to zwykłe przedsiębiorstwa, które nie różnią się od tysięcy innych firm handlowych, które obracają pieniędzmi tak, jak inne - zbożem, nieruchomościami, czy innych dobrami usługowymi.
Jeszcze niedawno uważaliśmy, że banki to instytucje zaufania publicznego. Podstawą owego zaufania był główny cel, który kiedyś przyświecał ich działalności: ochrona pieniędzy klientów. Pieniądze chętnie umieszczano w banku właśnie ze względu na ich bezpieczeństwo, chociaż nie był to jedyny powód. Każdy klient otrzymywał również odsetki od zgromadzonego kapitału. Odsetki były gwarantowane. Naturalnie banki nie prowadziły tej działalności charytatywnie. Musiały na tym zarabiać. Ich zysk, to różnica między oprocentowaniem kredytów, a odsetkami wypłacanymi od lokat. Jeśli zysk miał być większy, to bank musiał zgromadzić więcej pieniędzy od klientów. Tylko te pieniądze stanowiły bowiem środki, które można było przeznaczyć na działalność kredytową. Tym więcej można było udzielić kredytów, im więcej pieniędzy bank pozyskał od klientów. Banki zabiegały więc o nich. Kiedy banki konkurowały między sobą wyłącznie o klienta i o jego pieniądze obowiązywała zasada, że jest on instytucją zaufania publicznego. Z tego okresu pochodzi też określenie „pewny jak w banku".
Ten złoty okres dawno jednak przeminął. Tradycyjne źródła gotówki okazały się dla banków dalece niewystarczające, a rosnąca między nimi konkurencja wymuszała poszukiwanie nowych metod pozyskiwania pieniędzy. Tym samym znaczenie dotychczasowych klientów zaczęło maleć w tempie proporcjonalnym do ich malejącego udziału w zasobach gotówkowych banku. Proces ten przebiega naturalnie stopniowo. Tempo jest tak wolne, że wydaje się, iż nic się nie zmienia. Nadal głównym celem działalności banków tak, jak dawniej jest zysk, a przedmiotem działalności - pieniądze. Tradycyjni klienci nie są jednak już ich jedynym i wyłącznym źródłem. I na tym właśnie polega zasadnicza różnica, która spowodowała zmianę stosunku banków do pieniędzy tradycyjnych klientów. Banki same stworzyły potężny system rynków, który zasila je w realny lub wirtualny pieniądz. Ich działalność w coraz większym stopniu obejmuje wzajemne obroty różnymi instrumentami finansowymi. Pod tą enigmatyczną nazwą kryją się bardzo skomplikowane operacje finansowe, które z realną gospodarką często mają niewiele wspólnego. Przeciętny klient nie ma pojęcia czego dotyczą te transakcje. Jeśli jednak dysponuje gotówką i poszukuje miejsca na jej ulokowanie, to obok tradycyjnych form, spotyka się z zachętą do skorzystania z tej „nowoczesnej" formy inwestowania swoich pieniędzy. Najczęściej ma do wyboru: wysoki zysk połączony ze znacznym ryzykiem lub przeciętny zysk - z mniejszym ryzykiem. Pod wpływem takich porad, u znacznej części klientów - nad bezpieczeństwem własnych pieniędzy - zaczyna dominować chęć ich szybkiego pomnażania.
Banki, które dążą do maksymalizacji swoich zysków spotykają się zatem z klientami, którzy dysponując pieniędzmi też chcą je szybko pomnażać. Dla swoich lokat częściej wybierają więc wariant: duży zysk połączony z wysokim ryzykiem. Cele banków - pomimo istotnych zmian w strategii postępowania - nadal są więc całkowicie zbieżne z celami klientów, ale bezpieczeństwo pieniędzy już nie jest ich priorytetem. Jest nim właśnie zysk. Powstaje jednak pytanie: czy zmiana strategii banków, to ich odpowiedź na nowe potrzeby i oczekiwania klientów, czy też jest to wywołanie oczekiwanych zachowań partnerów, którzy dysponują realną gotówką?
Nie odpowiedź jest tu jednak najważniejsza, ale problem, który się z tego wyłania. Światowa opinia publiczna potępia banki i oskarża je o to, że ich bezgraniczna pogoń za zyskami i obracanie wirtualnymi pieniędzmi spowodowała groźnie wyglądający kryzys - najpierw finansowy, a w wielu krajach również gospodarczy. W ten sposób banki bezpowrotnie utraciły również historyczne prawo do miana instytucji zaufania publicznego. W tej chwili są to zwykłe przedsiębiorstwa, które różnią się od innych firm handlowych lub usługowych tylko tym, że przedmiotem ich obrotu jest pieniądz, a nie zboże, nieruchomości, czy innych dobra.
W tej krytyce banków i oskarżaniem ich szefów zapominamy często o tym, że to my klienci też w pogoni za zyskiem wspólnie z tymi instytucjami tworzymy niezbędną parę. Nieważne kto był inicjatorem tej gonitwy. Ważny jest wniosek, że to my również nie dbamy o bezpieczeństwo naszych pieniędzy, a więc podzielmy nieco tę winę banków za światowy kryzys.
Jeszcze nie przeszliśmy do kolejnego etapu rozwoju, w którym okaże się, że my-klienci nie jesteśmy bankom już potrzebni. Jeśli takie czasy nadejdą, to dopiero wówczas za ewentualny kryzys finansowy obarczymy winą wyłączną ich.
prof. Janusz Heller, Katedra Makroekonomii WNE UWM

