29 Września 2026

Aktualności

fot. Janusz Pająk


Nie zwalnia tempa. Nawet wakacje wykorzystuje na badania, a nowe wyniki od razu podsuwają mu kolejne pomysły. Zdzisław Kaliniewicz od 6 sierpnia 2026 r. jest profesorem nauk inżynieryjno-technicznych w dyscyplinie inżynieria mechaniczna. W pracy naukowej zajmuje się m.in. identyfikacją fizycznych cech surowców przetwarzanych w przemyśle spożywczym i doskonaleniem technologii oraz maszyn wykorzystywanych w tej gałęzi gospodarki. Po pracy wybiera siatkówkę, grzyby i wędkowanie.

Panie profesorze, nad czym pan teraz pracuje? 

Obecnie zajmuję się oceną cech mechanicznych ziarniaków zbóż. Sprawdzam między innymi, czy na te cechy wpływa nie tylko wilgotność materiału nasiennego, ale również prędkość prowadzenia procesu zgniatania. Do badań pozyskałem surowiec z jednego zakładu produkcyjnego. Zależało mi na tym, żeby ograniczyć zmienność materiału związaną z miejscem i warunkami prowadzenia uprawy. Mam do dyspozycji po kilka odmian poszczególnych gatunków. Pszenica, pszenżyto i żyto są już przebadane. Teraz zajmuję się jęczmieniem, a przede mną jeszcze owies. 

Czyli wakacje są u pana naprawdę pracowite? 

Tak. Jeśli wykonuję pełny cykl badań jednej odmiany, to potrzebuję na to około miesiąca. Dlatego staram się wykorzystać na te działania wszystkie „wolne” chwile. Często jest też tak, że spostrzeżenia dokonane w czasie badań są na tyle interesujące, że człowiek zaczyna się zastanawiać: a co by było, gdyby podeszło się do tego zagadnienia w inny sposób? Wynik jednego badania może być początkiem następnego. Tylko dostępnego czasu zawsze jest za mało. Pomysłów pojawia się więcej niż możliwości ich zrealizowania. 

Zaczęliśmy od aktualnych badań, ale powiedzmy więcej o tym, czym właściwie się pan zajmuje w swojej pracy naukowej? 

Przede wszystkim poprawą technologii procesów roboczych związanych z rolnictwem i przemysłem spożywczym oraz doskonaleniem konstrukcji maszyn wykorzystywanych w tych technologiach. Dużą część mojej pracy stanowi identyfikacja cech fizycznych surowców, które są poddawane obróbce. Żeby dobrze zaprojektować maszynę i właściwie zaplanować proces technologiczny, trzeba przede wszystkim wiedzieć, z jakim materiałem mamy do czynienia i jakie ma on właściwości. Czyli zanim powstanie dobra maszyna, należy z odpowiednią dokładnością poznać to, co będzie przez nią przetwarzane. Wraz z innymi pracownikami naszej katedry staramy się określać właściwości różnych przetwarzanych materiałów, ale również poszukiwać zależności pomiędzy poszczególnymi ich cechami. Przykładowo, jeżeli uda się ustalić dane powiązania cech, to nie zawsze trzeba będzie wykonywać cały zestaw pomiarów danego surowca podczas dobierania ustawień maszyny przetwórczej. Najpierw jednak trzeba zgromadzić odpowiednią bazę wiedzy. To właśnie jest jeden z celów naszych badań. 

A kto później korzysta z tych wyników? 

Przede wszystkim osoby prywatne i zakłady zajmujące się przetwórstwem produktów rolniczych. Naszym celem jest dostarczanie im praktycznych informacji: jak dany materiał się zachowuje i jak można właściwie prowadzić określony proces technologiczny. 

Skąd wzięło się u pana zainteresowanie rolnictwem i mechaniką? Czy to był świadomy wybór już od najmłodszych lat? 

Pochodzę z małej wsi, więc z rolnictwem miałem kontakt od dziecka. Później ukończyłem Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Kwidzynie i rozpocząłem studia na Wydziale Mechanicznym ówczesnej Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie. Na studiach trafiłem z pracą magisterską do Instytutu Maszyn i Urządzeń Rolniczych. I tak już zostało. Teraz pracuję w Katedrze Pojazdów i Maszyn na Wydziale Nauk Technicznych UWM. 

Czyli można powiedzieć, że zawód trochę pana odnalazł? 

Chyba tak (śmiech). Dzisiaj trudno już dokładnie powiedzieć, co było tym pierwszym impulsem. Zainteresowanie rolnictwem miałem od dziecka, a później doszła do tego mechanika. Chociaż promotorem mojej pracy magisterskiej był profesor Kazimierz Wierzbicki, to mentorem został prof. Tadeusz Rawa, który bardzo interesował się tym, co robię. Zaglądał do laboratorium, w którym prowadziłem swoje badania i dopytywał się, jak one przebiegają. Kiedy później zostałem zatrudniony na Wydziale Mechanicznym, realizowaliśmy razem wiele tematów. Dzisiaj profesor jest już na emeryturze, ale nadal interesuje się tym, czym się zajmuję. Jeżeli pojawia się jakaś sytuacja problematyczna, zawsze można do niego zadzwonić, porozmawiać i liczyć na radę. 

Jednym z pierwszych pana dużych tematów badawczych było doskonalenie czyszczenia nasion gryki. Co udało się wtedy osiągnąć? 

Swoją pracę doktorską poświęciłem właśnie temu tematowi. Razem z promotorem, którym był oczywiście wspomniany wcześniej prof. Tadeusz Rawa, opracowaliśmy wówczas konstrukcję, którą później opatentowaliśmy. Była możliwość jej wdrożenia, ale niestety zmieniła się sytuacja zakładów, które mogłyby z tego rozwiązania skorzystać. Część z nich po prostu przestała istnieć. Ostatecznie więc tego konkretnego rozwiązania nie udało się wdrożyć. Nadal jednak staramy się dostarczać praktycznych wskazówek osobom na co dzień zajmującym się różnymi procesami technologicznymi. Chodzi o to, żeby wiedzieli, jak dany materiał się zachowuje i dzięki temu mogli właściwie prowadzić określone działania. 

Teraz przyszedł czas na kolejny ważny etap – tytuł profesora. Co pan czuł, kiedy dowiedział się, że został profesorem? 

To ukoronowanie mojej pracy i poświęcenia. Każdy, kto pracuje naukowo, chce wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Zdobywanie kolejnych stopni i tytułów jest częścią tej drogi. Oczywiście wiąże się to również z poświęceniem swojego wolnego czasu. Przychodzi recenzja, jest wyznaczony termin odpowiedzi i trzeba usiąść nad nią wieczorem nawet w domu. Wakacje też nie zawsze są wakacjami. Ale taka jest nasza dola. Nawet kiedy jesteśmy na urlopie, człowiek myśli o tym, co jeszcze należy zrobić, co opisać, jaki eksperyment przeprowadzić. Dochodzą też zadania związane z dydaktyką. Za chwilę wracają studenci, więc trzeba się też przygotować do nowego roku akademickiego. 

Lubi pan pracę dydaktyczną? 

Tak, lubię kontakt ze studentami. Młodzi ludzie miewają ciekawe pomysły. Solidnie przygotowuję się do zajęć i staram się do nich dotrzeć, a przez ten kontakt sam trochę młodnieję. Oczywiście różnie bywa. Jeżeli widzę grupę, która chce słuchać, zdobywać wiedzę i coś z tych zajęć wynieść, to tym bardziej chcę się podzielić tym, co wiem. Gorzej, kiedy ktoś przychodzi tylko po obecność i przez całe zajęcia siedzi z telefonem. Wtedy zajęcia oczywiście się odbywają, bo muszą, ale brakuje tej „ikry”. 

Co zatem pozwala panu odzyskać tę ikrę poza uczelnią? 

Siatkówka. Gramy ze znajomymi właściwie od czasów studiów. Od września do maja spotykamy się na sali, dając sobie w okresie wakacji czas na jeszcze inne aktywności. Lubię też zbierać grzyby i chodzić na ryby. I wcale nie chodzi tylko o to, żeby coś złowić. Oczywiście dobrze, kiedy ryba bierze, nawet jeśli są to małe sztuki. Ale można też po prostu posiedzieć nad wodą, popatrzeć na piękno przyrody, jak latają owady, jak ryby pojawiają się w toni. Do tego dochodzą wschody i zachody słońca, zmieniające się kolory. Człowiek wówczas naprawdę odpoczywa. Później można wrócić do pracy z nową energią. 

A gdyby miał pan jednym zdaniem powiedzieć, czym jest dla pana tytuł profesora… 

To satysfakcja z tego, że lata pracy, badań i poświęcenia zostały docenione. Ale przede wszystkim jest to motywacja, żeby dalej robić to, co człowieka interesuje. Bo pomysłów na kolejne badania jeszcze trochę mam. 

Rozmawiała Sylwia Zalewska 

Rodzaj artykułu