22 Stycznia 2026

Aktualności


Do 24 lutego w Starej Kotłowni można oglądać wystawę „Skraj/Am Rand”, będącą efektem projektu pod tym samym tytułem. To owoc spotkania polskich i niemieckich artystów wokół tematu zbiorowej pamięci narodu. Jako formę wizualną do opowiedzenia swoich refleksji, wybrali pejzaż.

Zapomnij mi to.

Czy takie słowa mogą być punktem wyjścia do rozważań o pamięci?

Paradoksalnie, mogą. To zdanie-zaklęcie Krzysztofa Czyżewskiego z książki „W stronę Xenopolis” otwiera medytację nad kulturą pamięci, która prowadzi poprzez jej trzy emanacje (pamięć krytyczną, wspólną i dobrą) aż do pojednania i przebaczenia. „Zapomnij mi” – to uznanie, że jestem sprawcą krzywdy, że jest co mi zapominać. „To” wskazuje na bolesne i ropiejące, o którym oboje wiemy, że się wydarzyło, czemu nie można zaprzeczyć. „Zapomnij” oznacza uwolnienie się od pamięci odwetu, pamięci rozogniającej zranienie przez rozpamiętywanie, zatrzymującej w samotnej przeszłości. Zamiast niej autor proponuje inną pamięć: krytyczną, która jest odważnym uznaniem prawdy o własnej winie, otwiera w drugiej osobie zaufanie do rozmowy; wspólną, która pozwala wysłuchać siebie nawzajem, porównać zapamiętane przez nas inaczej wydarzenia, zbudować koinos logos – wspólną opowieść; i dobrą, która przechowuje czyny miłości, naświetla to, co pośród naszej słabości jednak dobre i piękne, co świadczy o żywym sercu i zdolności przekraczania siebie dla drugiego, co jest mocą zmieniającą świat i nas samych.

Zatem fraza ta otwiera przestrzeń spotkania, drogę ku przemianie relacji i wewnętrznej transgresji, rozpoczyna uzdrawiającą pracę, którą wykonują obie strony – pracę powrotu do starego bólu, zmierzenia się z winą, zrozumienia siebie nawzajem, wreszcie oparcia się na pamięci nie tylko o krzywdzie, ale i o dobru i miłości, które możemy sobie dać. To wszystko prowadzi do cudu odbudowy i ponownego połączenia.

Ta właśnie myśl poprowadziła zaprzyjaźnionych artystów z Instytutu Edukacji Artystycznej Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie oraz Institut für Kunstpädagogik, Universitat Leipzig przez wspólne sympozjum „Skraj/Am Rand” poświęcone pamięci narodowej, z którego dwa lata później zrodziła się wystawa pod tym samym tytułem. Bezpośrednim impulsem była inwazja Rosji na Ukrainę, która obudziła nie tylko sprzeciw i współczucie, lecz także refleksje nad tym, jak bardzo niebezpieczna może być pamięć narodowa, podsycająca poczucie dawno doznanej krzywdy, zamykająca w apologii własnego cierpienia, odgradzająca od obcego jako zagrożenia. Akademicy zapragnęli zmierzyć się z trudną wspólną przeszłością Polaków i Niemców, na nowo uczciwie opowiedzieć wyparte i przemilczane historie, a także spojrzeć na tytułowy skraj, czyli pogranicze, jako na potencjał spotkania kultur i wzajemnego rozumiejącego zetknięcia. Stąd organizacja panelu na Dolnym Śląsku, a teraz, po pierwszej wystawie warszawskiej, powtórzenie ekspozycji w Olsztynie, miejscu również naznaczonym historią pogranicza. Obie wystawy różnią się nieznacznie składem osobowym oraz doborem prac. W Olsztynie opieką kuratorską projekt objęły dodatkowo, oprócz Stefana Parucha, Joanna Stasiak i Anna Drońska.

Jak zatem artyści opowiedzieli poprzez zadany filtr pejzażu własne niepokoje? Uderza przede wszystkim, że więcej tu historii prywatnych niż narracji narodowych. Może to właśnie dobry znak, że trzecie pokolenie wychodzi już z ciasno przyciętych tożsamości narodowych, nie chce podtrzymywać utartych zbiorowych opowieści, a pragnie zabierać głos indywidualny, w którym dopiero może odbić się prawdziwe uniwersalne doświadczenie? Przecież to, co się wydarzyło, wydarzyło się przede wszystkim jednostkom, dopiero w szerszej, abstrakcyjnej perspektywie – narodom. Jak pisze Harari: naród nie może cierpieć, bo jest metaforą, obrazem w umysłach. Cierpieć mogą tylko konkretni ludzie.

Nie ma także wielu ostrych rozliczeń z przeszłością, ale te, które są, zwalają z nóg. Verena Landau pokazuje cykl małych obrazów olejnych, układających się niczym taśma filmowa. To właściwe skojarzenie: artystka namalowała stopklatki z filmów kręconych przez jej dziadka, który podczas drugiej wojny światowej służył w rejonie Karkonoszy. Sielankowe kadry natychmiast przywodzą na myśl „Strefę interesów”: dzieci w bieliźnie, ze wstążkami we włosach, siedzą na plaży, na innych obrazach wyglądają z okien ładnego domu. I jak w „Strefie interesów”, uważne spojrzenie na tę idyllę ujawnia piekło dziejące się w tle: piękne wysportowane kobiety z dziećmi wchodzą do lasu, który zdaje się płonąć, uśmiechnięte małżeństwo przy kuchennym stole, mężczyzna w mundurze, ma ze sobą dziecko z pochyloną, rozmytą wstydem twarzą. Podobnie mocna jest praca Moniki Masłoń: zdjęcie w negatywie, ziemia, nad którą wisi przytłaczające czarne słońce, symbol religii nazistowskiej. Opowiadanie takich historii to część odważnej pamięci krytycznej, bierze się z potrzeby wyrzucenia z siebie duszonego i ukrywanego ciężaru winy. To także przestroga dla współczesnych: przed obojętnością i współudziałem czy przed fanatyzmem, w którym idea, zamiast oświetlać, zaciemnia rozum i prowadzi do zniszczenia.

Więcej tu pamięci wspólnej i dobrej, jak w zabawnej, ironicznej instalacji Tobiasa Rosta. Eksponat w gablotce, podpisany „Poloniae German Cognitationes”, przedstawia dwa zwrócone ku sobie mózgi, a pod nimi kiszone ogórki, przysmak wspólny obu narodom na terenie pogranicza. Kto kogo zaraził tą pasją? Nie wiadomo, ważne, że łączy dwie kultury. A może takich bliskości da się znaleźć jeszcze więcej? Wszak gdzieś w rdzeniu wszyscy ludzie są do siebie podobni, polski i niemiecki mózg w gablotce są nieodróżnialne, podobnie jak ich ulubione ogórki.

Istotnym obiektem mówiącym o pamięci dobrej jest oryginalna przedwojenna makatka znaleziona w starym warmińskim domu Joanny Stasiak. Wyhaftowany złotą nicią napis głosi: „Im Denken frei, im Lieben treu”: „W myśleniu wolni, w miłości wierni”. Niezwykłe to hasło jak na kuchenną makatkę, przekraczające gospodarskie mądrości w stylu „Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi”. Maja Dobiasz-Krysiak zastanawia się, czy sentencja nie nawiązuje do znanej na tych ziemiach pieśni oporu, śpiewanej przez antynazistowską opozycję: „Die Gedanken sind frei”– „Myśli są wolne”. Tego nie wiemy, możemy jednak być pewni, że ten dom oparty był na solidnych fundamentach, na których możemy budować także dzisiaj.

To kolejny motyw obecny na wystawie – budowanie nowego domu z części starego. To symbol pamięci dobrej, wyłuskiwanie z przeszłości czegoś, na czym można się oprzeć. W pracy Alexandra Frohberga widzimy części dawnego siedliska, na gruzach którego zbudował swój nowy dom i warsztat pracy twórczej: płytę piaskowca używaną do litografii, kawał drewna. Joanna Stasiak prezentuje namalowany na jedwabiu w kształcie kimona pejzaż ze swoim warmińskim domem. Chata, która stała obok niego, spłonęła. Na tym samym miejscu, używając desek ze zwęglonej konstrukcji, zbudowała Galerię In Spe. To być może autoironiczne określenie oznacza przecież dosłownie: „w nadziei, w przyszłości”. Pamiętanie o dobrej przeszłości rodzi nadzieję na dobrą przyszłość. Konotacje japońskie odsyłają też do szczególnego zrozumienia, jakie wykazuje ta kultura dla kruchości, przemijalności, ulotności życia. Pęknięcia nie są tam katastrofą, ale częścią porządku świata. Dzięki nim można zbudować jeszcze większe wyrozumiałe piękno, jak w sklejonych złotym spoiwem stłuczonych naczyniach. Akt sklejania jest aktem świadomej twórczej transformacji tego, co przydarzyło się jako niezamierzone, niechciane rozbicie.

Czy możemy uciec od subiektywności pamięci? W moim odczytaniu takie pytanie zadaje Andreas Wendt w cyklu fotografii drewnianego domu zrobionych przez grube szkło zielonej butelki. Obraz jest zamazany, zniekształcony, niczym wspomnienia przez odległość czasu.

Potrzeba świadomości i pokory, aby zrozumieć, że spoglądamy często przez denko naszych przedsądów, dawnych historii, że nasze umysły nie działają jak komputery, które przechowują wszystkie dane bez różnicowania i selekcji, lecz raczej jak montażyści, którzy z najważniejszych obrazów składają całość ukierunkowaną na sens. Potrzeba ciągle na nowo podejmować pracę budowania koinos logos, uwspólnionego obrazu, na tyle, na ile jest to możliwe. Tylko tak będziemy mogli stworzyć społeczność, która się porozumie.

I na zakończenie jeszcze metakomunikat. Sam fakt wieloletniej przyjacielskiej współpracy polskiej i niemieckiej jednostki naukowej, samo zorganizowanie tego sympozjum, praca nad pamięcią poprzez wykłady, lektury, rozmowy, a potem podzielenie się efektami spotkania w formie tej wystawy, wreszcie sama przyjęta perspektywa drogi do pojednania i przebaczenia poprzez uzdrowienie pamięci – dowodzą, że chcemy i potrafimy to zrobić. Pozostaje mieć nadzieję, że zaproponowana przez akademików postawa będzie inspirowała innych i rozprzestrzeniała się.

Przeprowadziłam Czytelnika przez „Skraj/Am Rand”, podążając za motywem przewodnim pamięci i zapominania, które mogą rozbijać lub sklejać relacje. Wystawa jednak jest tak pojemna, że można czytać ją na różne sposoby, przejść podobną trasę za innymi kluczowymi hasłami (pejzaż, pogranicze). Wiele świetnych prac nie zostało tu odnotowanych z uwagi na strukturę i objętość tekstu. Tym bardziej zachęcam do osobistego spotkania z nimi w Starej Kotłowni.

Justyna Artym

fot. Ścibor Ciepielewski

Rodzaj artykułu