07 Kwietnia 2026
Aktualności
Błędne decyzje polityczne, które negatywnie zweryfikował bieg historii, można by wymieniać bez końca. Wszyscy chcielibyśmy, żeby na tym się skończyło, żeby wyciągnąć z nich lekcje i nigdy więcej ich nie powtarzać. Niestety, współcześnie przywódcy państw nie stronią od polityk polegających na agresji wobec innych, a z racjonalizmem i troską o pokój przegrywa potrzeba załatwienia mniejszych lub większych interesów.
Przeciąganie liny
Ukraiński pisarz Serhij Żadan, w wywiadzie dla tygodnika „Plus Minus” z okazji czwartej rocznicy pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę, powiedział: „Rosjanie tradycyjnie popełniają ogromny błąd strategiczny – nie doceniają wrogów. To ich historyczna tradycja. Są zbyt pyszni, zbyt zadufani w sobie, to powoduje, że nie doceniają tego, z kim się mierzą”.
Z tym, że Rosja nie doszacowała potencjału militarnego Ukrainy, zgadza się również dr hab. Krzysztof Żęgota, prof. UWM, politolog z Instytutu Nauk Politycznych.
– Po 2014 r. Rosja uważała, że armia ukraińska jest niekompetentna, rozbita, że nie potrafi walczyć, a tymczasem okazało się, że trzydniowa specjalna operacja wojskowa przeistoczyła się w trwającą już cztery lata kampanię, w której Rosjanie stracili około milion żołnierzy, co nie wydarzyło się od czasów drugiej wojny światowej. Zgadzam się z tezą, że był to błąd, bo już przedstawiciele starożytnej myśli strategicznej – jak choćby Sun Tzu – wskazywali, że najlepiej atakować wtedy, kiedy ma się przynajmniej kilkukrotną przewagę nad przeciwnikiem – mówi prof. Żęgota, dodając, że Rosja popełniła błąd na kilku płaszczyznach, w tym na płaszczyźnie politycznej.
– Władze rosyjskie najwyraźniej uważały, że uda się łatwo złamać kierownictwo polityczne Ukrainy. Przypomnijmy, że poprzedni prezydent, Petro Poroszenko, nie zgadzał się na jakiekolwiek cesje terytorialne na rzecz Rosji, a Zełenski poszedł do wyborów z hasłem, że przyniesie wreszcie pokój w Ukrainie, stąd też Rosja przypuszczała, że będzie on bardziej skory, by oddać jej pewne ziemie, ale – jak się okazuje – było to błędne rozumowanie – tłumaczy prof. Krzysztof Żęgota.
Władimir Putin prawdopodobnie nie spodziewał się również tego, że wojna zjednoczy Ukraińców jako naród.
– Wojna w Ukrainie pokazała, że nie ma mowy o żadnym braterstwie między Rosjanami a Ukraińcami. Władimir Putin atakując Ukrainę, paradoksalnie dołożył cegiełkę do budowania ukraińskiej tożsamości. Opór wobec niesprawiedliwego i niesprowokowanego ataku rosyjskiego, będzie przez kolejne dziesięciolecia znaczącym elementem ukraińskiej tożsamości – przekonuje politolog.
Rosyjsko-ukraiński konflikt zmienił jeszcze jedno: postrzeganie Rosji na arenie międzynarodowej. Do 2022 r. niektórzy zachodni politycy i zachodnie społeczeństwa, łudzili się, że współczesna Rosja to kraj, z którym można się porozumieć. Dość przypomnieć spotkanie Emmanuela Macrona z Putinem 7 lutego 2022 r. na Kremlu, podczas którego prezydent Francji próbował przekonać swojego rosyjskiego odpowiednika do nieatakowania Ukrainy. Lekceważące przyjęcie Macrona, słynny czterometrowy stół, przy którym rozmawiali, i agresja na Ukrainę kilka tygodni później, sprawiły, że dziś Europa, a nawet cała północna półkula, nie ma wątpliwości, że Rosja w roli partnera do rozmów to mrzonka.
Jak zauważa prof. Żęgota, znaczące pogorszenie wizerunku Rosji w oczach demokratycznych państw europejskich sprawia, że koalicja przeciwko temu państwu się rozrasta.
– Ta zmiana w postrzeganiu Rosji spowodowała, że Szwecja i Finlandia, które od stu lat prowadziły politykę neutralności, przystąpiły do NATO. Rosji zawsze zależało na tym, aby było mniej Sojuszu w Europie, a w rezultacie nie dość, że jest go więcej, to jeszcze ma go jeszcze bliżej swych granic. To kolejna warstwa błędu strategicznego, jaki popełnił Putin – zauważa prof. Żęgota.
We wtorek 24 lutego przypadała czwarta rocznica wojny na pełną skalę. Mroźna zima w Europie dała się we znaki zwłaszcza Ukraińcom, dla których rosyjskie ataki, m.in. na infrastrukturę energetyczną, stały się wyjątkowo trudnym sprawdzianem niezłomności. Miały one bowiem na celu zmniejszyć morale ukraińskiego społeczeństwa – chociażby po to, żeby podczas negocjacji było bardziej skłonne pójść na ustępstwa.
– Obie strony są tym konfliktem zmęczone – co do tego nie ma wątpliwości. Jednak Ukraińców bardzo trudno jest złamać, a dodatkowo mogą liczyć na pomoc Zachodu, w tym Polski. Jednocześnie prowadzone są działania polityczne, które mają doprowadzić do zaprowadzenia pokoju. Ale będzie to bardzo trudne, bo z jednej strony Rosjanie stawiają trudne do zaakceptowania warunki, w tym te dotyczące oddania pewnych terytoriów, a z drugiej, pewną część tych oczekiwań trzeba będzie zaakceptować, bo inaczej rozejm nigdy nie nastąpi. Jest to bardzo trudne dla prezydenta Zełenskiego, bo jakikolwiek przywódca Ukrainy, jeśli zgodzi się na formalne oddanie pewnych terytoriów, popełni polityczne samobójstwo – analizuje prof. Krzysztof Żęgota.
Rosja odnosi niewielkie korzyści terytorialne kosztem utraty wielu żołnierzy. Według statystyk w 2025 r. udało się jej zająć 0,8 proc. terytorium Ukrainy, tracąc przy tym 450 tys. żołnierzy. Oznacza to, że każdy kilometr kwadratowy ukraińskiej ziemi „kosztował” rosyjską armię około 80 żołnierzy.
– Są to niewielkie postępy, ale jednak postępy. Np. teraz [w połowie marca 2026 r. – przyp. red.] Rosjanie próbują zdobyć Konstantynówkę, czyli de facto przedmieścia dwóch dużych miast w Donbasie: Słowiańska i Kramatorska. Jeśli te miasta padną, będzie to oznaczało, że Ukraina straci Donbas. Kilka tygodni temu wojska ukraińskie przeprowadziły kontrofensywę w obwodzie zaporoskim na południu kraju, ale nie mamy szczegółowych informacji na temat jej skutków – mówi naukowiec i dodaje, że taka sytuacja na froncie oddala zawarcie pokoju. – Rosjanie – powoli, bo powoli – ale zyskują jakieś ziemie, a to powoduje, że są mniej skorzy do negocjacji. Z kolei żądania cesji terytorialnych powodują, że ukraińskie stanowisko się usztywnia. To wszystko sprawia, że na ewentualne zakończenie wojny trzeba niestety spoglądać pesymistycznie.
Si vis pacem, para bellum
W sobotę 28 lutego, rankiem polskiego czasu, Stany Zjednoczone wespół z Izraelem zaatakowały Iran. Zgodnie ze stanem na niedzielę 8 marca Amerykanie i Izraelczycy przeprowadzili ponad 4,5 tys. uderzeń na ten kraj. Iran zaś zaatakował 3,5 tys. razy, w sumie 12 krajów regionu (w tym Arabię Saudyjską, Katar, Syrię i Jordanię). Po stronie irańskiej jest już co najmniej 1,5 tys. ofiar, kolejnych 500 osób zginęło w Libanie, nie żyje 6 amerykańskich żołnierzy i ok. 30 Izraelczyków (te dane również dotyczą pierwszych dni marca).
W przypadku tej agresji możemy mówić o przynajmniej jednym niepodważalnym błędzie: według prawa międzynarodowego jedno państwo może zaatakować drugie tylko w dwóch przypadkach. Jeśli na interwencję zgodzi się Rada Bezpieczeńtwa ONZ (to oczywiście nie ten przypadek) lub kiedy zdaniem agresora napaść drugiej strony jest nie do uniknięcia, a członkowie amerykańskiej administracji przyznali przed Kongresem, że na ewentualną agresję Iranu nie było twardych dowodów.
Dlaczego zatem prezydent USA zdecydował się wszcząć kolejną wojnę? Analitycy wskazują na kilka możliwych powodów – do głównych należą chęć zamazania złego wrażenia po aferze Epsteina i odrzucenia przez Sąd Najwyższy polityki celnej, która w ostatnim czasie była siłą napędową rządów Trumpa. Miało pójść szybko i sprawnie, jak w Wenezueli, ale tak się nie stało.
– Podobnie jak w przypadku rosyjskiej agresji na Ukrainę administracja amerykańska zlekceważyła możliwości Iranu. Liczono na to, że unicestwienie osób stojących na czele państwa, a także ataki na instalacje wojskowe spowodują opór społeczny, a w konsekwencji upadek reżimu. Na razie jest za wcześnie, by ocenić, czy atak Stanów Zjednoczonych na Iran był błędem strategicznym, choć, rzeczywiście, już teraz są pewne sygnały, iż rzeczywiście tak może być – ocenia prof. Krzysztof Żęgota i dodaje, że w roli kuszącego mógł występować Izrael.
– Izrael ma interes w osłabieniu Iranu, który jest jego największym wrogiem na Bliskim Wschodzie, bo wspiera chociażby takie formacje jak Hezbollah, które nękają państwo. Można więc powiedzieć, że Izrael osiągnął swoje cele strategiczne – mówi politolog.
Rozpatrując atak na Iran, nie sposób pominąć skutków gospodarczych. Zaburzony ruch żeglugowy w cieśninie Ormuz, przez którą w czasach pokoju przepływała jedna czwarta światowej produkcji ropy naftowej i jedna piąta gazu LNG, spowodował znaczący wzrost cen na stacjach paliw. Zaburzony został również ruch turystyczny (i nie tylko) w tamtej części świata. Zwłaszcza ataki na Dubaj, który w 2025 r. odwiedziło blisko 20 mln osób, i który do tej pory pozostawał „rajem na Ziemi”, wprowadziły niepokój i obawy dotyczące spędzania wakacji na Bliskim Wschodzie.
– To, że zachwiane zostały szlaki handlowe związane z ropą naftową czy gazem ziemnym, co destabilizuje światową gospodarkę, jest bardzo negatywnym skutkiem tej wojny – zaznacza prof. Krzysztof Żęgota.
W ataku na Iran jest coś jeszcze, co może budzić wątpliwości, a mianowicie zabicie najwyższego przywódcy duchowego Iranu Alego Chamenei. Hiszpański dziennik „El País” specjalizujący się w tematyce międzynarodowej, użył metafory, że w ten sposób „Trump podpalił lont bomby, która może wybuchnąć na dowolnej ulicy Zachodu”.
– Warto też pamiętać, że śmierć Alego Chamenei nie musi oznaczać osłabienia radykalnego kursu Iranu. Jego prawdopodobny następca, syn, Modżtaba Chamenei, w kręgach irańskich elit uchodzi za polityka jeszcze bardziej twardogłowego i ideologicznego niż ojciec. Jeśli rzeczywiście doszłoby do przejęcia przez niego władzy, mogłoby to oznaczać dalszą radykalizację polityki Iranu. Paradoksalnie więc eliminacja najwyższego przywódcy może nie doprowadzić do osłabienia systemu, lecz do zaostrzenia jego kursu – stwierdza prof. Żęgota.
Z deszczu pod rynnę
W „Leksykonie politologii” pod redakcją Andrzeja Antoszewskiego i Ryszarda Herbuta czytamy, że na gruncie nauk politycznych strategia jest rozumiana jako „racjonalna sugestia i hipoteza co do ewolucji stosunków politycznych w bliższej lub dalszej perspektywie czasowej, na podstawie której elity polityczne formułują konkretne już wytyczne co do ogólnego kierunku postępowania oraz konkretnych już rozstrzygnięć”.
Niestabilna sytuacja międzynarodowa motywuje do tego, by przyglądać się przede wszystkim strategii w kontekście militarnym, ale błędnych decyzji podejmowanych przez polityków nie brakuje także w innych obszarach. Prof. Krzysztof Żęgota uważa, że przykładem świetnie obrazującym niewłaściwą kalkulację w ocenie wewnętrznej sytuacji politycznej, jest referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, które odbyło się w 2016 roku. Przypomnijmy, że za Brexitem opowiedziało się 52 proc. Brytyjczyków, a przeciw 48 proc., co ostatecznie doprowadziło do tego, że z dniem 31 stycznia 2020 roku Wielka Brytania przestała być członkiem europejskiej wspólnoty.
Na czym polegał polityczny misjudgement ówczesnego brytyjskiego premiera Davida Camerona?
– Był on zwolennikiem pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej, ale aby zjednoczyć podzieloną Partię Konserwatywną i powstrzymać wzrost poparcia dla eurosceptycznej partii UKIP, przed wyborami w 2015 r. obiecał referendum, będąc przekonanym, że większość Brytyjczyków zagłosuje za pozostaniem w UE. Jest to przykład błędu strategicznego w polityce wewnętrznej – mówi prof. Żęgota.
Marta Wiśniewska
Prof. Krzysztof Żęgota udzielił wypowiedzi do tego artykułu na początku marca br.
Dr hab. Krzysztof Żęgota, prof. UWM – pracuje w Katedrze Nauk o Polityce i Nauk o Bezpieczeństwie UWM. Do jego naukowych zainteresowań należy m.in. bezpieczeństwo państw bałtyckich.

Tekst ukazał się w marcowym wydaniu „Wiadomości Uniwersyteckich", którego tematem przewodnim jest błąd. Zachęcamy w nim, by nie zamiatać błędów po dywan, ale przyjrzeć im się z różnych perspektyw. Swoją wiedzą dzielą się z nami przedstawiciele różnych dyscyplin naukowych: językoznawstwa, prawa, politologii, ekonomii czy medycyny. Jak zwykle piszemy też o najważniejszych wydarzeniach z życia Uniwersytetu oraz sukcesów naszej społeczności akademickiej. Wszystkie wydania naszego uniwersyteckiego pisma dostępne są na stronie internetowej.