16 Kwietnia 2026
Aktualności
Jak ocenia pan decyzję Stanów Zjednoczonych i Izraela o zaatakowaniu Iranu?
Przede wszystkim uważam, że decyzja ta została podjęta z dnia na dzień, bez porządnego logistycznego przygotowania – np. uprzedniego wyprodukowania większej liczby rakiet przeciwlotniczych czy manewrujących, bądź zgromadzenia wojsk lądowych. Co prawda istnieje dwudziestowieczna teoria o tym, że można wygrać wojnę samym lotnictwem, ale to tylko teoria. Praktyka pokazuje, że aby zająć jakiś kraj, trzeba wysłać do niego żołnierzy. Myślę, że Donald Trump podjął tę decyzję zbyt pochopnie, trochę na fali wenezuelskiego sukcesu, chcąc podnieść swoje notowania przed „połówkowymi” wyborami. Nie jest przecież tajemnicą, że poparcie dla niego znacząco spadło po aferze Epsteina czy fiasku polityki celnej. Wątpię, by atak na Iran doradzili mu amerykańscy wojskowi, którzy posiadają przecież ogromne doświadczenie, są wyszkoleni i wiedzą, jak planować operacje wojskowe. Jednocześnie w ostatnich dniach widzimy, że na czele amerykańskiej armii odbywają się czystki. Decyzją ministra wojny Pete’a Hegsetha ze stanowiska został odwołany szef sztabu wojsk lądowych gen. Randy George, a razem z nim odeszło wielu doświadczonych oficerów. Błyskawiczna operacja w Iranie miała wzmocnić prezydenturę Trumpa, a tymczasem wywołała chaos i międzynarodowy problem.
I chyba Stany Zjednoczone błędnie założyły, że ich potęga militarna wymusi szybkie ustępstwa, Iran nie będzie zdolny do skutecznej odpowiedzi, a zmęczone reżimem irańskie społeczeństwo pomoże go obalić.
Siłą Iranu jest przede wszystkim jego górzyste terytorium, które sprzyja obronie. Poza tym w Iranie obowiązuje dość specyficzna doktryna obronna, która polega m.in. na tym, że stworzono regionalne autonomiczne dowództwa. Oznacza to, że zlikwidowanie centralnego dowództwa niewiele daje. Irańczycy już dawno opracowali tę strategię obrony i Amerykanie doskonale ją znają, tylko dlaczego nikt nie wziął tego pod uwagę? A może wziął, ale zbagatelizował? Jak widać, po ataku USA i Izraela nie doszło też do masowego powstania ludności, ale trzeba pamiętać, że irański reżim stłumił rozruchy, które miały miejsce przed konfliktem. I jest coś jeszcze, przed czym Amerykanom jest bardzo trudno się bronić, a mianowicie drony, doskonale znane chociażby z wojny w Ukrainie. Za ich pomocą atakowano m.in. bazy amerykańskie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie, Katarze czy Bahrajnie.
Jednym z głównych argumentów, jakiego używał Trump, uzasadniając atak na Iran, było to, że należy pozbawić go broni atomowej. Czy pana zdaniem jest to słuszne?
Premier Izraela, Benjamin Netanyahu, kilka lat temu wystąpił na forum ONZ i powiedział, że istnieje niebezpieczeństwo wyprodukowania przez Iran ładunków jądrowych. Proszę jednak zauważyć, że wówczas Izrael nie zaatakował Iranu, bo nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać. Izrael potrzebuje do tego Stanów Zjednoczonych – ich militarnych możliwości. Natomiast kwestia tego, czy Iran posiada broń atomową, a jeśli tak, to jaką, jest niejasna. Z pewnością przez te wszystkie lata Irańczycy budowali infrastrukturę nuklearną i mogli, np. W górach, umieścić kilka obiektów. Od momentu, kiedy USA z Izraelem zaatakowały Iran, niszczono instalacje w zachodnim Iranie, więc jeśli ładunki znajdują się na północnym-wschodzie, to zagrożenie nie zniknęło. W tym kontekście warto przywołać sprawę słynnego wirusa komputerowego Stuxnet, który w 2010 roku sparaliżował specjalistyczne oprogramowanie odpowiedzialne za działanie kluczowych urządzeń irańskiego programu atomowego. Za stworzenie tego wirusa odpowiadały USA i Izrael, więc – jak widać – kwestia posiadania przez Iran broni jądrowej pojawia się od lat i wciąż nie została rozwiązana. Trudno przypuszczać, by ten konflikt załatwił tę sprawę.
Jedną z przyczyn fiaska rozmów pokojowych w Pakistanie było to, że Iran nie otrzymał zapewnienia, iż Izrael zaprzestanie bombardować Liban. Wyjaśnijmy, dlaczego w tym konflikcie to państwo jest tak istotne.
Głównym powodem konfliktu na linii Izrael-Liban jest Hezbollah – potężna organizacja zbrojna i polityczna, stworzona i wspierana przez Iran. Hezbollah ostrzeliwuje rakietami głównie północny Izrael, a ten odpowiada atakami lotniczymi i artyleryjskimi. Sytuacja na granicy Izraela z Libanem jest bardzo napięta – jedna strona reaguje na działania drugiej, co napędza tzw. spiralę odwetu. W 2006 roku po wojnie lipcowej Rada Bezpieczeństwa ONZ wydała specjalną rezolucję w sprawie rozbrojenia Hezbollahu, czego miała dokonać armia libańska, ale do tego nie doszło. Izraelczycy wykorzystują politycznie także fakt swoistej niemożności ONZ, który utrzymuje w południowym Libanie kilkanaście tysięcy żołnierzy UNIFIL (ang. United Nations Interim Force in Lebanon) [dr Piotr Lotarski jest współautorem monografii poświęconej siłom pokojowym pt. „Powrót nad rzekę Litani. Polskie Kontyngenty Wojskowe w siłach pokojowych UNIFIL” – przyp. red.] Jednak są to siły lekkie, a do ich głównych zadań należy obserwacja granicy i działań stron konfliktu. A Hezbollah, nie dość, że nie został zmuszony do złożenia broni, to na przestrzeni kilkudziesięciu lat się wzmocnił. Po ataku USA i Izraela na Iran Hezbollah ponownie zaczął ostrzeliwać izraelskie cele, solidaryzując się z Teheranem. Izrael prowadzi w odwecie wielowymiarową kampanię wojskową, zajmując południową część Libanu. Izrael nie zaakceptuje rozejmu USA-Iran z uwzględnieniem Libanu.
I to jest chyba jeden z powodów, dla których trudno przewidywać całkowite zakończenie tego konfliktu.
To jest bardzo złożona kwestia, oparta także na tle religijnym, a jak wiadomo, takie konflikty najtrudniej jest rozwiązywać. Nie możemy zapominać o politycznej sile ultraortodoksyjnych Żydów, którzy odwołując się do tekstów religijnych judaizmu, w których Ziemia Obiecana intepretowana jest jako dzisiejszy Izrael oraz tereny częściowo należące do innych państw (np. Libanu, Syrii, także Jordanii), uważają, że Izrael powinien je odzyskać.
A co dla USA oznaczałoby zakończenie tej wojny?
Zakończenie tej wojny oznaczałoby, że Amerykanie, osiągnąwszy jakieś cele, wycofają się. Tylko powstaje pytanie – jakie cele? W zasadzie można powiedzieć, że na przestrzeni ostatnich tygodni Amerykanie formułowali swoje cele w tej wojnie, dostosowując je do możliwości i sytuacji. Z pewnością dużą presję na zakończenie konfliktu będą na Donalda Trumpa wywierali sojusznicy zmęczeni rosnącymi cenami ropy, problemami z przepływem towarów czy zaburzeniem ruchu lotniczego w takich państwach jak Katar czy Dubaj. Koszty tej wojny znacznie wzrosły, więc jeśli Trump chciał podnieść swoje notowania zniszczeniem Iranu, to chyba osiągnął odwrotny efekt. Na horyzoncie jawi się również pogorszenie relacji z sojusznikami – np. Arabia Saudyjska zaoferowała, że zainwestuje w USA bilion dolarów, ale jeśli konflikt będzie się utrzymywał, a co za tym idzie, zagrożenie dla tych państw, to realizacja takich obietnic może stać się niemożliwa. A pamiętajmy, że Donald Trump jest biznesmenem, więc lubi tego typu – powiedzielibyśmy po angielsku – „deale”. Pamiętamy, że jednym ze skutków wojny Jom Kipur w 1973 r., w której Izrael walczył z koalicją państw arabskich, był światowy kryzys paliwowy po wprowadzeniu embargo na dostawy ropy przez OPEC.
Rozmawiała Marta Wiśniewska
zdj. główne: domena publiczna, źródło: Wikimedia Commons

Dr Piotr Lotarski pracuje w Instytucie Nauk Politycznych UWM. Specjalizuje się w zagadnieniach dotyczących bezpieczeństwa regionu Bliskiego Wschodu, w szczególności misji i operacji pokojowych oraz działalności ONZ na rzecz rozwiązania konfliktu arabsko-izraelskiego. Jest autorem i współautorem książek i opracowań dotyczących konfliktów zbrojnych oraz udziału Wojska Polskiego w operacjach pokojowych na Bliskim Wschodzie, zagrożeń terroryzmem międzynarodowym oraz współpracy wojskowej Polski z sąsiadami.