30 Marca 2026
Aktualności
Takie podejście odsyła nas do ruchu Fluxus, rewolucji artystycznej z lat 60. i 70. ubiegłego wieku. To wtedy powstało pojęcie intermediów, w których porusza się Robert Rabiej, łącząc video, obiekty i grafikę, często dodatkowo z działaniami performatywnymi. Ale fluxusowa jest tu nie tylko forma, także duch zabawy, spontaniczności i eksperymentu; zgoda na to, aby przypadek czy po prostu żywe życie współtworzyło sztukę; uwaga skupiona na tym, co peryferyjne, codzienne, pomijane.
„Przestrzeń robocza” eksponuje w zbliżeniach i oprawia w ramki to, co zazwyczaj ukryte: skraj obrazu, pocięte podłoże, niekontrolowane wzory – odpryski właściwej pracy malarskiej. Niezamierzone piękno. Afirmacja szeroko rozumianej peryferyjności w sztuce i zarazem samego procesu. Bo kogo z nas nie interesuje making of: pracownie, kulisy, próby generalne, ślad tworzącej dłoni? To, co prowadzi do dzieła, szorstkie życie, może być równie fascynujące i ważne jak samo dzieło.
„2005-2015” to gra z potrzebą pamiętania. Obcięte paznokcie składowane przez dziesięć lat w przezroczystym relikwiarzu. To akurat rewers płynięcia z żywym nurtem życia, chęć zatrzymania szczątków, stawianie pomników, żeby się przy nich modlić i płakać albo je przeklinać. Ale coś tu nie gra, czy właśnie nie powinniśmy pozbywać się odpadków naszego procesu odnowy i regeneracji? Paznokieć odłączony od ciała jest martwy i w tej martwocie przerażający. Czy nie lepiej pogodzić się ze stratą, puścić go, oddać Ziemi, żeby się rozłożył, wrócił w obieg materii i w ten sposób do zasilania życia?
Fluxusowy przypadek zadziałał przy pracy „168 pominięć”. Na jednej z wystaw autor wypełnił miseczki tuszem. Po miesiącu ekspozycji okazało się, że tusz wyparował. Zniknął. Trudno o lepszy obraz utraty i pustki po nieobecności. Tym boleśniejszej, że dziejącej się w procesie powolnym, stopniowym, który jest praktycznie niemożliwy do zaobserwowania, więc i do zatrzymania w porę. A może procesu utraty w ogóle nie da się zatrzymać? Może zostaje nam tylko pogodzenie się z tym, że prędzej czy później wszystko zniknie, łącznie z nami samymi – już znika, właśnie teraz, w tej i w każdej chwili życia? Ekspozycja, która wydaje się statyczna, jest w rzeczywistości dynamiczna, nieubłaganą dynamiką śmierci. Kiedy patrzymy na tusz rozlany spokojnie w miseczce, wiemy, że właśnie paruje i jest go coraz mniej. Ten proces jest jednak naturalny. Stąd moja początkowa sugestia: to nie jest właściwie opowieść o wymazywaniu, czyli celowym unicestwianiu. To po prostu zanikanie: wspólny los wszystkich bytów. Jak pisze Judith Viorst w psychoanalitycznej książce „To, co musimy utracić”: doświadczenie straty jest trwającą całe życie kondycją człowieka. Jest ceną, jaką płacimy za bycie żywym.
„Fluxus” to dosłownie płynący, nieuchwytny, niepewny. Nie zapominajmy jednak, że ten sam nurt, z którym odpływa stare, jednocześnie przynosi nowe. Patrzę na roślinę wieńczącą stos książek na moim oknie. Jedne liście żółkną i odpadają, same z siebie, choć nietknięte przez nikogo. Jednocześnie w tym samym czasie rozwijają się, same z siebie, nowe zielone zawiązki. Może tyle nam zostaje, podłączyć się pod ten ruch i nie stawiać mu oporu. Przyjąć, że musimy po prostu mijać bez zatrzymywania się, przechodzić przez kolejne korytarze i bramy. Jak przez „Tunel”. To czarna skrzynka. Nie widać, jaka transformacja zachodzi w jej ciemnym brzuchu. Proces zmiany jest ciemny i podziemny, niepokojący. Nie wiemy, jak to działa, wiemy tylko, że wynurzamy się po drugiej stronie jako ktoś inny. Robert Rabiej uzupełnia obiekt grafikami, które są obsesyjnym krążeniem wokół tej tajemnicy, próbą rozpracowania, co naprawdę dzieje się podczas. Opowiedzeniem-nieopowiedzeniem, rozrysowywaniem tego, że nie wiemy i jak bardzo nie wiemy. Czy dostajemy odpowiedź? Jak zawsze, nie. Powodzenia.
Justyna Artym
fot. Ścibor Ciepielewski