02 Marca 2026

Aktualności


Ośrodek Inicjatyw Artystycznych Wydziału Sztuki oraz Centrum Ekspozycyjne Stara Kotłownia zapraszają 4 marca na wernisaż wystawy prac prof. Piotra Siwczuka.

Mistrzostwo buduje się przez powtarzanie. Biegłości nabieramy przez konsekwencję i ciągłość. Koncentracja na jednym temacie intensyfikuje go, pozwala zanurzać się coraz głębiej i eksplorować coraz to nowe jego aspekty.

Piotr Siwczuk opowiada ludzkie ciało. Manifestuje się ono w tańcu trzech form: rzeźby, malarstwa i grafiki, które wzajemnie się inspirują, dopowiadają i uzupełniają. Materią, która je łączy, jest piasek: buduje matrycę grafik, wnika w strukturę obrazów i oblepia powierzchnię rzeźb. Nieoczywisty wybór, a jednocześnie wiele mówiący, już ustawiający interpretację i pomagający odczytać zakres twórczych poszukiwań.

Piasek to sypkość, nietrwałość, ruch. Ziarenka osypujące się w klepsydrze odmierzającej czas do granicy trwania. Niepewny, osuwający się grunt. Suchy pył unoszący się nad bezwodną ziemią. Drobinki erozji. Skojarzenia wanitatywne nasuwają się same. Słusznie – ciało jest tu przedstawione w kontekście śmierci i przemijania. Choć nagie, nie ma w nim witalności ani erotyzmu. Jest suche i surowe jak zwietrzała skała, wystawione na działanie czasu. To czytelne nawiązania do ikonografii chrześcijańskiej: nagiego ciała Chrystusa, dzielącego ludzką kondycję – odsłonięcia, bezbronności wobec cierpienia i śmierci. W obrazach powraca motyw Całunu Turyńskiego: charakterystyczne zagięcia płótna grzebalnego oraz podwójne odbicie ludzkiej postaci. Jest w tym pytanie: jaki ślad odciśniemy? Bo mimo tych odwołań metafizycznych, Siwczuk nie pociesza się następnym lepszym życiem, nie leczy nim trwogi przed nieuchronną skończonością. Pyta bardzo wyraźnie o to chropawe, dotykalne, materialne tu i teraz, w tym właśnie ciele, które zostało nam przydzielone jako wehikuł na ziemską wędrówkę. W jaką postać skamieniejemy, gdy ona się skończy? Jakim wykopaliskiem staniemy się dla tych, którzy nadejdą po nas?

Zmienność formy poddanej erozji czasu nie łączy się tu z cyklicznym odrodzeniem ku nowemu. To nie jest czas kolisty ani spiralny. To czas liniowy: ścieżka życia prowadzi w jednym kierunku i zawsze kończy się śmiercią. Mimo marzenia o odwróceniu tej klepsydry, jest tu jednocześnie świadomość niemożliwości jego spełnienia: niektóre z podwójnych postaci są odwrócone, ale alchemia nie zachodzi, obie są martwe. Nie przechytrzymy śmierci. Niezwykłe jest natomiast, że kres życia biologicznego, miękkiego i oddychającego, ale skończonego, łączy się z inną nieśmiertelnością: ani biologiczną, ani duchową, ale nieśmiertelnością skamieniałego śladu. Czy tak naprawdę nie tym jest każda sztuka? Czy nie jest to jedyny dostępny nam rodzaj nieśmiertelności?

Znamienne, że te refleksje nie łączą się w żaden sposób z rozpaczą. Figury są pełne spokoju i godności, wyprostowane, gotowe przyjąć swój los. Ta postawa przywodzi na myśl koncepcję bycia-ku-śmierci Heideggera. Kiedy odważnie zwracamy się całym jestestwem ku kresowi, „wybiegamy w śmierć”, obejmujemy ją i pozwalamy jej współkształtować swoje życie, obejmujemy zarazem całą prawdę o egzystencji. Bo prawda jest taka, że nasz czas jest ograniczony. Ta jasna i ostra świadomość wyrywa nas z trybu „się”, czyli bezrefleksyjnego robienia tego, co wszyscy, bo tak się robi, i motywuje, aby stanąć do życia autentycznego i własnego. Jeśli wiemy, że śmierć kończy wszystkie możliwości, czujemy się odpowiedzialni za to, aby je właściwie wykorzystać. Skończoność jest ramą, która nadaje wartość podarowanemu nam czasowi.  

Przemijający, ale odciskający po sobie trwały ślad, kruchy i bezradny wobec śmierci, ale władny uczynić życie autentycznym i pełnym znaczenia: oto człowiek.

 

Justyna Artym

 

grafika wydarzenia

 

 

Rodzaj artykułu