18 Sierpnia 2026

Aktualności


Prof. Bernadetta Darska z Wydziału Humanistycznego w książce „Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku" opisała Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy w Bartoszycach. Naukowczyni przybliżyła w ten sposób niezbyt dobrze znaną historię, która jest opowieścią o dziecięcych tragediach, ale i nadziei, która płynie z odpowiedniej opieki i wychowania.

Wydaje się, że historia Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego w Bartoszycach, ze względu na rozmach i unikatowość tego pomysłu, powinna być znana dużo lepiej, ale tak nie jest. Co jest tego powodem? 

Tak naprawdę trudno stwierdzić. Projektem interesowały się władze centralne w osobach prezydenta Bieruta i premierów Osóbki-Morawskiego i Cyrankiewicza. Miał on być modelowy dla całego kraju. Celem, inspirowanego ideami Janusza Korczaka dotyczącymi podmiotowego i samorządnego traktowania dziecka oraz koncepcjami Antoniego Makarenki w zakresie wychowania kolektywnego, stało się wykształcenie wzorca bartoszyckiego. Podstawę stanowił dom dziecka, w którym docelowo miało się znaleźć trzy tysiące wychowanków. W mediach pisano, że rozważa się nazwanie Bartoszyc Korczakowem. W ramach Ośrodka współpracowały ze sobą różne instytucje: dom dziecka, przedszkole, szkoła podstawowa, liceum pedagogiczne i drugie z klasami z językiem ukraińskim, dom kultury dziecka, warsztaty nauki zawodu, basen, trzy poniemieckie majątki itd. Wychowanie, jakie tam realizowano, było wyjątkowe i nowoczesne. 

W tytule, ale także w treści książki, często pojawia się sformułowanie „nowy człowiek”. Co to tak naprawdę oznaczało? Jakimi ideami w wychowaniu tych, którzy znaleźli się w ośrodku, się kierowano? 

W Polsce było po wojnie milion siedemset tysięcy sierot. To właśnie dzieci miały się stać tymi nowymi ludźmi. W Bartoszycach powstawał wzorzec dla innych instytucji o charakterze opiekuńczo-wychowawczym. Oczywiście, ten nowy człowiek miał być człowiekiem socjalistycznym – takie były ówczesne realia. Ale dużo ważniejsze okazało się budowanie wspólnoty ludzi, którzy wzajemnie sobie pomagają, analizują błędy, wierzą w postęp naukowy, pomagają słabszym, interesują się kulturą. To było bardzo świadomie przeprowadzone odzyskiwanie straconego pokolenia.

Mówiąc o Ośrodku, siłą rzeczy swoją uwagę koncentrujemy na dzieciach i młodzieży, ale w książce podkreśla pani, że warto zwrócić uwagę na to, kto ich kształcił i wychowywał. Kim byli pracujący tam pedagodzy? 

Pracownicy przyjechali do miejsca kompletnie im nieznanego. Opiekunowie byli ludźmi młodymi, z wieloma wojennymi traumami. Byli to repatrianci z Wileńszczyzny i zza Buga, nauczyciele z Polski centralnej, także z nakazem pracy, pojawili się też reemigranci z Francji. Warto wspomnieć o kierującym dziecięcą orkiestrą Mikołaju Beynarze, ojcu Pawła Jasienicy. Siostra pisarza, Irena Brzozowska, pracowała z kolei w Ośrodku jako lekarka. Wiele osób stamtąd okazało się później ważnymi postaciami dla regionu. Mam na myśli środowiska artystyczne i uniwersyteckie. Także wśród pracowników dawnych ART i WSP byli ci, którzy wcześniej zetknęli się z Ośrodkiem.

I ci nauczyciele robili pewne rzeczy inaczej, niż można by było przypuszczać. Mam na myśli np. przeprowadzanie repolonizacji dzieci pochodzenia niemieckiego – w Bartoszycach robiono to bez negatywnych emocji i z zachowaniem szacunku dla ich tożsamości. By zobrazować różnicę w traktowaniu dzieci w innych miejscach podaje pani przykład Potulic, gdzie dorośli stosowali na dzieciach odwet za krzywdy wyrządzone przez Niemców. Proszę wyjaśnić, czym wyróżniało się przywracanie polskości wychowanków „republiki ludzi młodych”? 

Adresatami repolonizacji były dzieci autochtonów, głównie mazurskie. Trzymano się tej nazwy, bo Niemców można było ewentualnie polonizować. Dzieci te nie mówiły po polsku. Z kolei opiekunowie nie znali niemieckiego. Już więc porozumiewanie się wymagało cierpliwości, uważności i empatii. Prowadzone w Bartoszycach działania miały służyć jako wzór dla innych terenów poniemieckich. Dzieci uczono języka polskiego, historii Polski, kształtowano tożsamość przez odcięcie się od Niemiec. Wychowankom zmieniano imiona i nazwiska na polskie. Co jednak bardzo ważne, zachowywano w dokumentach informacje dotyczące ich wcześniejszego życia, jeśli takowe były. Zdarzały się też takie dzieci, które nie miały danych na temat pochodzenia. Tych wychowanków, którzy mówili po niemiecku, traktowano tak samo jak innych podopiecznych. To podejście rzadkie i humanitarne. W innych miejscach w kraju dzieci niemieckie często doświadczały przemocy.

Jednak nie tylko dzieci z niemieckim pochodzeniem stanowiły wychowawcze wyzwanie. W Centralnym Ośrodku Wychowawczo-Szkoleniowym byli też chociażby ci, którzy doświadczyli piekła powstania warszawskiego

W domu dziecka w Ośrodku nie było dzieci bez problemów. Były to przecież ofiary wojny. Wychowankowie obserwowali śmierć własnych rodziców. Dzieci z powstania warszawskiego przyczyniły się do wielu problemów. Młodzi warszawiacy z zaskoczeniem i dużą niechęcią przyjęli fakt, że ich kolegami będą ci, którzy mówią po niemiecku. Szybko pojawiły się konflikty. I właśnie tutaj ujawnił się talent pedagogiczny dorosłych. Umieli oni dotrzeć do podopiecznych i przekonać ich, że podziały towarzyszące wojnie trzeba porzucić i zacząć żyć razem. 

 

Wart odnotowania jest fakt, że ośrodek odwiedził znakomity i znany na całym świecie fotograf David „Chim” Seymour, który realizował projekt „Children of Europe”, opowiadający losy sierot po drugiej wojnie światowej. Dzieciom z Bartoszyc zrobił świetne zdjęcia, które pokazują nie tylko unikatowość tego projektu, ale także chociażby to, jak ważna była w nim myśl Janusza Korczaka. Jakie, pani zdaniem, znaczenie miała ta wizyta? 

Kiedy udało mi się ustalić ten fakt, bardzo zdziwiło mnie, że wcześniej o tym nie pisano. David Seymour to jeden z najważniejszych fotografów XX wieku. Uwiecznił nie tylko kluczowe momenty wielu konfliktów pierwszej połowy minionego stulecia, ale i robił zdjęcia ikonom kina – Sophii Loren, Audrey Hepburn czy Ingrid Bergman. Jest jednym ze współzałożycieli legendarnej agencji fotograficznej Magnum. Projekt „Children of Europe” Seymour realizował na zlecenie UNICEF-u. Fotografował dzieci po wojnie w kilku krajach. W Polsce w 1948 roku robił zdjęcia w trzech miejscach – w Warszawie, Otwocku i właśnie w Bartoszycach. To dla mnie wyjątkowo ważne, że jego zdjęcia są na okładce książki i w środku. Mam poczucie, że historia w jakiś sposób zatoczyła koło. Jego zdjęcia, zanim opublikowano album, w grudniu 1948 roku ukazały się w świątecznym wydaniu kultowego, amerykańskiego magazynu „Life”. Było też tam zdjęcie z Bartoszyc.

Tak sobie myślę, że wiele osób z góry przekreśliłoby tę historię z uwagi na – bądź co bądź – obciążenie związane z obowiązującym wówczas systemem socjalistycznym. Pani pokazuje, że chociaż projekt nie był oderwany od ówczesnej polityki, to miał sens i był czymś pozytywnym. 

Możliwe, choć chcę wierzyć, że i ci, którzy oceniają tamte czasy przez pryzmat obowiązującego w Polsce systemu, dostrzegliby szczególny charakter tego przedsięwzięcia. Ostatecznie przecież nie o politykę tutaj chodziło, ale o ratowanie dzieci, o edukację, opiekę i wychowanie. To, co mogłoby być tylko ideologiczne, okazało się przede wszystkim głęboko humanistyczne. Młodzi wychowankowie i młodzi wychowawcy zbudowali sojusz przeciwko wojnie i rozpamiętywaniu doznanego zła. 

O tym, że ta historia splata się z losami pani rodziny, sąsiadów czy po prostu dzieciństwa, bo z Bartoszyc pani pochodzi, dowiadujemy się dopiero w posłowiu. Dlaczego nie chciała pani poinformować czytelnika od razu o tym osobistym pretekście do napisania tej książki? Chociaż uważny czytelnik domyśli się, że tak było chociażby po fragmentach, w których porównuje pani, jak wyglądała okolica koszar Ludendorffa, gdy jeszcze mieszkała pani w rodzinnym mieście. 

W pewnym sensie pani pytanie dotyczy myślenia o formie, planowania koncepcji książki, zastanawiania się w procesie pisania, jak historię opowiedzieć. Pracy nad „Republiką ludzi młodych” towarzyszyło ustalanie nieznanych mi losów babci i dziadka, zanim osiedlili się w Bartoszycach. Nie ukrywam, że i odkrywanie dokumentów Ośrodka, do których nikt nie zaglądał przez kilkadziesiąt lat, i szukanie śladów rodzinnych było równie angażujące. Zwłaszcza że ostatecznie babcia i dziadek zamieszkali na całe życie na terenie Ośrodka, przez pewien czas tam pracowali, można więc powiedzieć, że obie historie w jakiś sposób się zbiegły. Ostatecznie uznałam, że moje rodzinne śledztwo nie jest kluczowe dla historii, którą chcę opowiedzieć. Stawianie go w centrum byłoby więc nieuczciwe w stosunku do czytelnika. W książce najważniejsze jest bowiem pokazanie, jak niezwykły był projekt bartoszycki i jak niezwykłe jest to, że wśród ludzi tak bardzo dotkniętych przez wojnę, udało się zbudować trwałą wspólnotę tych, którzy wierzą w dobro i przyszłość.

Rozmawiała Marta Wiśniewska

Zdjęcie główne: archiwum prywatne

Prof. dr hab. Bernadetta Darska jest krytyczką literacką i literaturoznawczynią, jest autorką trzynastu książek. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWM. Ostatnio ukazały się: „Berlinowanie. Zapiski z doświadczania miasta” (2022), „Czas reportażu. O tym, co działo się wokół gatunku po 2010 roku” (2023) i „Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” (2026). Autorka bloga „Nowości książkowe”: www.bernadettadarska.blogspot.com

Rodzaj artykułu